
Przedstawiamy U-Force, rewolucyjny kontroler do Nintendo Entertainment System! Czyli kawałek plastiku na pierwszy rzut oka budzący skojarzenia z planszą do gry w „statki”. Tak gorący, że nikt nie jest w stanie go dotknąć!
Nie żeby ktoś miał ochotę. W założeniu miało to być rewolucyjne urządzenie przekładające machanie łapami przez gracza na ruchy postaci na ekranie. Ot, po prostu rozłóż ustrojstwo przed sobą, a „niewidzialne pole energii” zajmie się resztą. Teraz możesz poczuć MOC bez dotykania czegokolwiek. Ciekawe kiedy właściwie dotyk znalazł się na czarnej liście zmysłów, niegodnych zainteresowania producentów peryferiów do konsol. Nieważne zresztą, rzecz i tak nie działała, jak trzeba. U-Force, prosto od Broderbund – pierwsze i jedyne urządzenie, które elektronicznie wykrywa każdy Twój ruch!
Problem jeno w tym, że gracze nie mieli zielonego pojęcia jak dany ruch zostanie zinterpretowany przez urządzenie. W praktyce więc „zabawa” za pomocą U-Force sprowadzała się do machania łapami jak podupcony, w bezowocnych próbach zmuszenia bohatera danej gry do zrobienia czegokolwiek konstruktywnego.
Argh, Broderbund… I pomyśleć że ci kolesie wydali Lode Runnera i Last Express…
Nie musisz niczego trzymać…
Oprócz własnej głowy, zwieszonej w smutku i rezygnacji.
…po niczym skakać…
Chyba że po owym cudownym urządzeniu, z czystej frustracji po n-tej próbie zmuszenia go do prawidłowego działania.
…niczego na siebie zakładać!
Pomijając wór pokutny naciągnięty na głowę ze wstydu, że wydało się na to coś pieniądze.
U-Force tworzy pole siłowe, które posłusznie spełni każde Twoje polecenie – czyniąc Ciebie jedynym kontrolerem. Tudzież frajerem desperacko wykonującym losowy zestaw paralitycznych ruchów przed telewizorem. To najbardziej niesamowite akcesorium w historii gier video, które na zawsze zmieni sposób w jaki grasz. W prawdziwy koszmar. To wyzwanie przyszłości. Dla Twojego zdrowia psychicznego i wiary w ludzkość. U-FORCE. Teraz nic nie oddziela Cię od gry. Poza bezwartościowym gadżeciskiem, mającym w założeniu czynić kontakt z każdą grą unikalnym i świeżym doświadczeniem. Może zresztą w istocie takie było, jeśli rozumieć przez to mnogość unikalnych i świeżych sposobów na poirytowanie się przy ulubionych grach.

OK, zostawmy marketingowy bełkot. Co by nie mówić, trudno owemu wynalazkowi odmówić śmiałości koncepcji. Niestety – twórcy najwyraźniej nie do końca wiedzieli jak przekuć innowacyjną wizję w praktykę. Stąd też, zamiast rewolucyjnym kontrolerem, gracze uraczeni zostali surrealistycznym bublem, dobrym może na gęsto zakrapiane imprezy, za to nijak nie nadającym się do swego podstawowego zadania – obsługi gier. Uczciwie wypada dodać, że w niektóre tytuły dało się zagrać za pomocą U-Force. Nie zmienia to faktu, że wciskając kartridż do konsoli nigdy nie miało się pewności, w jakim stopniu urządzenie „skuma” ruchy rąk użytkownika. Co ciekawe – autorzy, zapewne świadomi „drobnych niedomagań” swego wynalazku, dołączali do niego dodatkowe bajery, jak np. montowany w podstawce urządzenia drążek, mający w założeniu usprawniać sterowanie w wyścigówkach, strzelankach i symulatorach. I świetnie, szkoda tylko, że wówczas cały koncept grania bezpośrednio za pomocą własnych łapsk szedł się… Ech, nieważne zresztą. I pamiętajcie – czasem teksty promocyjne wysmażane przez producentów niosą w sobie ukrytą mądrość. Wypada więc tylko sparafrazować: U-force… Nie dotykać!
Opracował // Dr Max
Artykuł pochodzi z NEO Plus #120




Ale gadżet :)
Ale gadżet :)