• NEO+ 07/10

    Okadka
xbox
play
nint

RETROplus: The King of Kong

Uważasz się za hardcore’owego gracza? Znasz na pamięć rozłożenie gołębi w Liberty City, przechodzisz Ninja Gaiden z zamkniętymi oczami, a żadna postać w Virtua Fighter nie kryje przed Tobą tajemnic? Spokojnie – zanim pobiegniesz chełpić się na najbliższe forum internetowe, polecam obejrzeć „King of Kong: A Fistful of Quarters”. Może się okazać, że Twoje wyniki są dużo mniej imponujące niż myślałeś.

Co to takiego, ten „King of Kong”? W skrócie, film dokumentalny, który równie dobrze mógłby nazywać się „Z Kamerą Wśród Maniaków”. Obraz przedstawia bowiem środowisko czterdziestoletnich zapaleńców, którzy poświęcili sporą część życia na bicie rekordów w staroszkolnych grach wideo. Dlaczego właśnie w nich? Jak mówi jeden z bohaterów, „stare gry stawiają prawdziwe wyzwanie dla refleksu i szybkości reakcji, w stopniu w jakim nowe produkcje nie są w stanie”. I trzeba przyznać, że coś w tym jest – nie zapominajmy, że w większości klasycznych tytułów z lat 80., w rodzaju Pacmana czy Ponga, jedno nadprogramowe trącenie joysticka czy półsekundowa utrata koncentracji, kończą się zazwyczaj porażką. Jak wskazuje tytuł, główny nacisk położony został na Donkey Konga – osławioną pierwszą grą z Mario w roli głównej. Oś filmu stanowi pojedynek dwóch mistrzów, Billy’ego Mitchella i Steve’a Wiebe, konkurujących o tytuł mistrza wszech czasów. Pomimo zachowania konwencji dokumentu, film ogląda się niemal jak fabułę w rodzaju „nikomu nieznany zawodnik rzuca wyzwanie uwielbianemu mistrzowi”. Steve szybko okazuje się protagonistą, z którym na pewno wielu widzów będzie się utożsamiać. Facetowi nie wszystko w życiu wyszło, więc postawił sobie za cel bycie najlepszym w ulubioną grę. Billy Mitchell, dotychczasowy posiadacz rekordu, doskonale sprawdza się jako czarny charakter – jest zarozumiały, traktuje konkurenta z góry i rzuca pod jego adresem złośliwe docinki.

Jeśli czytając ostatnie parę zdań zapomnieliście o tym drobnym fakcie, pozwólcie że przypomnę: to nie jest film fabularny! Wszystkie występujące w nim postacie nie narodziły się w wyobraźni reżysera, lecz istnieją naprawdę. I pewnie to, w połączeniu ze sprawną reżyserią, czyni je jeszcze bardziej wyrazistymi. Natomiast rzeczą, która obok samej historii robi największe wrażenie, są momenty ukazujące do jakich poświęceń i zaniedbań gotowi są ci ludzie, aby tylko uzyskać upragniony wynik. Ot, choćby scena w której główny bohater nie reaguje na prośby synka o podtarcie mu zadka – bo przecież jeszcze tylko kilkaset tysięcy punktów do rekordu! Albo facet, który hobbystycznie zajmuje się weryfikacją wyników, przez 48 godzin wpatrujący się w nagranie przejścia jakiegoś przedpotopowego tytułu. Nie wspominając już o kłodach rzucanych pod nogi Steve’owi przez Billy’ego – wyszukiwanie kruczków technicznych, żeby tylko nie dopuścić do uznania jego wyniku, zmuszanie do publicznego powtarzania zwycięskiej sesji… Czego tu nie ma – powracający odwieczni rywale, groźby śmierci, w skrócie: krew, pot i łzy zalewające ekran automatu.

A jak zakończyła się rywalizacja Billy’ego i Steve’a? Bez obaw, nie zepsuję Wam niespodzianki. Chyba, że śledzicie światowe rekordy w Donkey Kongu, tudzież księgę Guinessa, wówczas zapewne znacie już odpowiedź. Nie zapominajmy w końcu, że to wszystko wydarzyło się naprawdę i to wcale nie tak dawno temu. Pozostaje mi serdecznie polecić film, nie tylko miłośnikom klimatów retro – trochę straszny, trochę śmieszny, ale na swój sposób fascynujący.

Opracował // Dr Max

Artykuł pochodzi z NEO+ nr 119


Comments are closed.