
Dark Sector to niebywały przypadek. Gra umarła, ale pojawiła się na półkach sklepowych. W końcu oryginalny Dark Sector wyglądał nieco inaczej, niż końcowy produkt.
Gry lądujące na półkach sklepów i wciskane do chciwych napędów konsol nierzadko drastycznie różnią się od tego, co początkowo zrodziło się w głowach i na twardych dyskach twórców. Zazwyczaj jednak owa metamorfoza stanowi naturalną część procesu twórczego, powolnej ewolucji jaką przechodzi każdy produkt. Nie tak znowu często zdarza się, że w pewnym momencie produkcji autorzy wykonują nagłą woltę, radykalnie zmieniając wizerunek i założenia swego dzieła. Tak właśnie stało się z bohaterem dzisiejszego odcinka – Dark Sector.

Tytuł ów część z Was poznała jako dosyć przeciętną strzelankę, w której – jako agent specjalny wyposażony w zmutowane ramię i gustowną grzywkę – masakrowaliśmy rosyjskich żołdaków. Nie każdy zapewne pamięta, że był to także pierwszy zaprezentowany publicznie tytuł zmierzający na konsole obecnej generacji. I prezentował się wówczas diametralnie inaczej.
Przede wszystkim, odmienny był klimat i realia, w których osadzona miała być akcja gry. Zamiast otrzymanej ostatecznie, lekko zmodyfikowanej wersji dzisiejszego świata, mieliśmy dostać twór w klimatach hard sci-fi. W trailerze z roku 2004, mogliśmy obserwować jak główny bohater, za pomocą kilku pomysłowych gadżetów wmontowanych w swój wielofunkcyjny kombinezon, pacyfikował strażników o aparycji typowych kosmicznych marines, a także pająkopodobnego robota, a wszystko to na pokładzie sporej wielkości statku kosmicznego. W międzyczasie zaś jego, i zarazem nasze uszy pieścił głos powabnej pani pilot, która w trakcie właściwej rozgrywki robić miała za doradcę i anioła stróża – ot, taki Lambert ze Splinter Cell. W spódnicy.

Wypada przyznać, że filmik w momencie debiutu robił naprawdę spore wrażenie, a i dziś zaprezentowana w nim grafika nie miałaby się specjalnie czego wstydzić. A było to wszak bardzo wczesne stadium produkcji. Jednocześnie była to też zapowiedź potencjalnie ciekawej rozgrywki, mieszającej cechy skradanki i strzelaniny, a wszystko to w intrygującym, futurystycznym sosie. Milutko zapowiadała się także warstwa dźwiękowa, a zwłaszcza muzyka autorstwa japońskich bębniarzy z grupy Yakudo. A że połączenie plemiennego bębnienia z kosmiczną scenerią działa nad wyraz dobrze pokazał choćby odświeżony serial „Battlestar Galactica”.
Przyczyny nagłej zmiany, za przeproszeniem, imydżu gry są dosyć zastanawiające. Autorzy jako główną motywację podali ogólną zmianę trendu wśród twórców gier. Ponoć bardziej realistyczna, osadzona w realiach zbliżonych do dzisiejszego świata otoczka przekłada się w dzisiejszych czasach na większą liczbę sprzedanych egzemplarzy gry. Ponadto oryginalny trailer powstał jeszcze zanim panowie z Digital Extremes poznali dokładną specyfikację techniczną Xboxa 360. Wszystko to brzmi dosyć…Dziwnie. I nie świadczy najlepiej o asertywności autorów.

Ostatecznie dostaliśmy zaś niespecjalnie wyróżniającą się grę z kilkoma mocno psującymi ją rozwiązaniami, zaś owa „realistyczna” otoczka niespecjalnie jej pomogła. Pytanie tylko – czy gdyby zachowano oryginalny koncept rozgrywka prezentowałaby wyższy poziom? Wygląda na to, że nigdy się nie dowiemy. Może nie RIP, ale chwila kłopotliwego milczenia – zdecydowanie.
Opracował // Dr Max


Nazywanie Taiko *plemiennym* bębnieniem jest trochę nie teges. ;)
Osobiscie pierwotny pomysl bardziej mi sie podobal. Zdecydowanie brak na rynku dobrej skradanki w klimacie s-f. Phantagram kiedys cos majstrowal przy Strident i jeszcze jednej grze rownierz w klimacie S-F ale polegly …. wielka szkoda
Mogło być ciekawie.
Pamiętam ten filmik jak pierwszy raz w sieci zawitał jeszcze przed… chyba nawet IXEM! Pokaz możliwości nadchodzących systemów BYŁ MIAŻDŻĄCY i nie tylko za sprawą grafiki ale KLIMAT I ŚWIERZE POMYSŁY BIŁY OD TEGO TYTUŁU ZE WSZYSTKICH STRON!!! ŁAJJJ!?
GVIZDAS – for money!